Skrzypce i dudy – zaraza z miasta

Posted on 12/04/2015

0


W połowie lat 90-tych, poszukując publicity dla nowo powstałego „Domu Tańca”, usłyszałem w Agorze od pewnego wrednego redaktora: „co jest w tym ciekawego, poza tym, że jest to nowe?” (Nie, nie jest to piętnowanie „Gazety Wyborczej”, spokojnie, gdzie indziej było/jest tylko gorzej.) Minęło dwadzieścia lat i oto proszę, pojawia się tekst Adama Czecha, w związku z którym mam do autora kilka bezpośrednich pytań. Uprzednie przeczytanie tekstu źródłowego jest niestety konieczne.

1. Dlaczego autor, pisząc o sytuacji muzyki tradycyjnej, nie odnosi się także do innych niszowych gatunków finansowanych z grantów, jak muzyka poważna, jazzowa, awangardowa elektronika? Nawet alternatywny rock/pop bywa w sporym stopniu dofinansowywany. Co za tym stoi poza chamofobią?

2. Jako socjolog kultury powinien jednak cokolwiek wiedzieć na temat, który ujmuje ironicznie „[czemu] na przykład skrzypce są tradycyjnym instrumentem wiejskim, ale akordeon już nie? Albo (…) akordeon jest cacy, ale już weselny keyboard «be»?” Argument o „tradycji wynalezionej” jest bardzo nadużywany i w tym przypadku zastosowany z wyjątkową ignorancją. Czy „tradycjonaliści” przywieźli na wieś skrzypce, basy, dudy, klarnety? Czy najstarsi muzykanci nie grali na nich w młodości, tylko na keyboardach, i nauczyli się od Warszawiaków? Brak wiedzy o zjawisku pn. „kultura tradycyjna” jest na poziomie PRL-owskiego licealisty.

3. Czy skoro „pobudki owego zainteresowania bywają (…) bardzo często polityczne”, autor uważa, że artyści i miłośnicy muzyki poważnej albo jazzowej działają ze snobizmu? W rzeczywistości twórcy, którzy mają tego rodzaju motywacje, są zazwyczaj odpowiedzialni za najgorsze, najbardziej upupione, potłuczone ich manifestacje (pomyśl o Chrisie Bottim i projektach „Symfonicznie”). I akurat sposób wyzysku muzyki ludowej przez PRL doskonale tu pasuje. Czy Czech słuchał dokonań najlepszych muzyków – kontynuatorów? Jeśli tak, może jest głuchy?

4. „Działania tradycjonalistów przypominają opowieść mojego starszego o pokolenie znajomego, który w zamierzchłym PRL-u dorabiał jako nurek głębinowy. Jechali z kolegami do zalanej kopalni wyławiać sprzęt, a że płacone mieli od godziny, po zejściu na dno oceniali robotę na 12 godzin zamiast trzech – no bo kto ich sprawdzi? (…) Nie potrzeba dyplomu socjologa kultury, żeby wiedzieć, że czasy dla artystów są ciężkie i że przyjemniej zarabia się na ministerialnym garnuszku, niż grając chałturę dla jakiegoś browaru.”
Czy pisząc to autor sugeruje sprzeniewierzanie środków publicznych? Bo wątpię, że można to inaczej rozumieć.

5. Czy bluesowe korzenie muzyki pop, które tak celnie ujął Moby na swoim Play, nie wynikają aby po części z działalności zbieraczy, których autor kwituje „ile procent Amerykanów wie, kim byli Lomaxowie?”

6. „Po prostu według współczesnych standardów estetycznych tamta muzyka brzmi zwyczajnie źle. Oczywiście artyści tacy, jak Frank Fairfield, spec od ponadstuletniego repertuaru akompaniujący sobie na skrzypcach lub banjo, mają wiernych słuchaczy. Ale wskrzeszane jeden do jednego surowe brzmienia sprzed wieku fascynują jedynie garstkę pasjonatów.” Skoro Fairfielda można ostrożnie bronić za „surowe brzmienia” (śmiech na sali), czemu nie Macieja Żurka? Pogląd że „tylko jej «ociosanie», jak mówią obrońcy tradycji, «utemperowanie» pozwalało włączyć ją do głównego nurtu kultury współczesnej” zasługuje chyba na nagrodę im. Wielkiej Trójki (koncernów muzycznych) za zasługi w uniformizowaniu repertuaru oraz im. Zofii Lissy za wiarę w postęp w muzyce. Zwłaszcza w czasach, kiedy coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństw kulturowej globalizacji. Jakie są tego skutki dla polskiej tradycji, możemy – wbrew przekonaniom autora – usłyszeć niemal na co dzień. Ach, pamiętne słowa Tadeusza Konadora sprzed 20 lat (tonem zrzędliwym i natarczywym) „polska muzyka ludowa nie nadaje się do słuchania i dlatego wymaga artystycznego uszlachetnienia” (cytuję z pamięci).

„Ciekawa diagnoza i wiele celnych pytań. Bardzo ostra szpila wbita w napompowany balon w którym dobie ostatnio zaczęliśmy żyć – i dobrze. Mam tylko zastrzeżenia do ciągłego porównywania Polski z Zagranicą. Próbujemy tu zrobić coś nowego, znaleźć nową jakość tu i teraz. Proszę się tym chwalić i doceniać”, napisał Witold Roy Zalewski. Zgadzam się z potrzebą przebijania balona. Tylko nie na sposób żywcem przeniesiony z pseudonaukowych uzasadnień teorii spiskowych, z pobłażliwą, staromodną wyższością socjologa. „Mam wrażenie, że czytałem ten artykuł w ciągu ostatnich piętnastu lat siedemnaście razy.” (Daniel de Latour).
Czy Czech orientuje się, jak dramatycznie rozrósł się i ile wypracował nurt kontynuacji muzyki mazurkowej, który tak lekceważy, od roku 1995, kiedy było to dosłownie kilka osób na cały kraj? Czy redaktor, który ten tekst puścił, nie czytał publikowanych przez dwadzieścia lat artykułów w „Gazecie”?

W związku z tym kolejne pytanie:
7. „Are you mad?”

Antoni Beksiak
Jeśli ktoś mnie nie zna, jestem współzałożycielem (w 1994) i członkiem honorowym „Domu Tańca”, o roli Podhala w polskiej muzyce tradycyjnej pisałem w „Kontekstach” (1/2013), a o (podobnej) roli Ukrainy w „Blizie” (2/2013), zaś w zespole Niewte wyciągam radykalne konsekwencje z rytmów mazurkowych.

PS. Kto na zdjęciu? Oczywiście Szajkowski, pierwszy nienawistnik domów tańca w RP. Trzeba promować.

Reklamy
Posted in: Uncategorized