z archiwum: Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana

Posted on 16/08/2013

0


Po spektaklu Orestei Xenakisa 16 marca 2010 w Teatrze Wielkim w Warszawie pozostało mi parę akapitów notatek. Ponieważ ten sam reżyser wypłynął przy kolejnym Terytorium, ubieram je w ogładę i przedstawiam jako punkt odniesienia.

Michał Zadara to dziś superstar director na skalę krajową. I nie mam póki co powodów – poza odrobiną gorzkiego dystansu wobec mód w polskim życiu kulturalnym – by wątpić w jego dokonania teatralne. Pech chciał jednak, że trzykrotnie zetknąwszy się z jego pracą w teatrze muzycznym, za każdym razem doświadczałem opłakanych skutków. Pierwszą była wpadka – bezsensowna – z tłumaczeniem libretta Wytatuowanych języków Martijna Paddinga (Opera do czytania? „Ruch Muzyczny” 24/2001; zob. też reakcję). Tak, wiem, że w tym przypadku nie chodziło o reżyserię Zadary. Drugą: Oresteia Xenakisa (nie Agaty Zubel) w Teatrze Wielkim.

Dawno nie słyszałem utworu tak rozplecionego jeśli chodzi o melikę i rytmikę – mimo wszystko rzadko, nawet w ścisłym modernistycznym kręgu muzyki współczesnej, używa się takich środków. Xenakis dochodzi do granic percepcji, granic zdolności do kojarzenia ze sobą zdarzeń, niby Celan do granic semantyki. (Zauważmy, że to odwrotnie niż w przypadku klasycznego totalnego serializmu, który dążył do zmaksymalizowania relacji.) Prowadzi bardzo subtelną grę, podważając nasze przyzwyczajenia – wśród nieustannych przesunięć punktów odniesienia (zarówno tonalnych, jak rytmicznych) znajdujemy jednak wyraźnie zarysowane treści. Albo… nie znajdujemy, jeśli wykonanie na to nie pozwala. Niefrasobliwe albo nieumiejętne traktowanie materiału, nie dość precyzyjne wyartykułowanie rytmów i wysokości oraz kontrastów między zdarzeniami – i cały przekaz znika, a my nabieramy wrażenia, że uczestniczymy w jakiejś farsie, której przedmiotem jest muzyka XX-wieczna. A przecież dyrygentem jest Franck Ollu, którego doprawdy trudno podejrzewać o niechlujność.

Zadziwiające xenakisowskie kontrasty między skrajnie nietradycyjną harmoniką instrumentalną, a opartą na wzorcach z tradycji (np. dysonansowego wielogłosu bałkańskiego) harmoniką chóralną zamieniają się w zamazane piony. W partyturze jest wiele mikrotonalności/odstrojeń i domyślam się, że współbrzmienia i następstwa są u Xenakisa precyzyjnie, subtelnie zakomponowane, wciąż kreując „antyestetykę”. Tutaj tymczasem słychać przypadkowość i siermiężność, rozmycie artykulacyjne, „pływającą” intonację. Przynajmniej połowa epizodów instrumentalnych sprawiła na mnie wrażenie „radosnych improwizacji”. Chór nie jest w stanie wystukać równo rytmów (partytura przewiduje bębenki, kołatki, baty, syreny, metalowe flagi, marakasy) i recytować (jak zwał, tak zwał) równo tekstu. „rozjechań” aż nadto. Podobnie zresztą chór dziecięcy.

Sięgnąłem po dostępne na rynku nagranie pod dyrekcją Roberta Weddle’a. Baryton Spiros Sakkas, owszem, histerycznie śpiewa/performuje falsetem, ale jest to jednak co innego, niż nieprzerwana maksymalna, siłowa ekspresja Holgera Falka.

Weź teraz to wszystko, Czytelniku, i nałóż reinterpretację przez pryzmat Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej: cała spodziewana karkołomność tego pomysłu obraca się przeciwko twórcom w najgorszy sposób, budząc niegasnące zażenowanie zestawieniami, niezręcznością i sztucznością. Nad spektaklem unosi się mgła – wrażenie, że reżyser nie panuje nad akcją. Być może teatr muzyczny Zadary to „sztuka, która uwiera”, ale mam silne przekonanie, że po prostu fiasko.

Prescriptum.

Reklamy
Posted in: Uncategorized