Wieloświat

Posted on 16/08/2013

0


Na początek klauzula. Znam Wojtka Blecharza na tyle dobrze, że zbyt łatwo byłoby mi narazić się na zarzut stronniczej recenzji. Z drugiej strony wiele znakomitych analiz i odczytań dzieł powstało piórem przyjaciół twórców, zapewne także dzięki owym przyjaźniom. Świadom tej sprzeczności, publikuję swoje przemyślenia tutaj, w medium z którego nie czerpię korzyści finansowych. (Co przypomina mi pewną znaną dziennikarkę muzyczną, która lubi bezpodstawnie twierdzić, że „przynajmniej nie kosztuje podatnika ani grosza”.)

Czytelnik zapewne wie, jak zbudowane jest Transcryptum: błąkając się po niepublicznych wnętrzach Teatru Wielkiego (pracowniach, magazynach), błąkamy się po wnętrznościach dzieła. Wiele można napisać o tej pierwszej topografii (mówiąc półżartem, mamy wreszcie niekonwencjonalną, bezpośrednią korzyść z utrzymywania tak ogromnej instytucji), w przeciwieństwie jednak do wielu recenzentów (w tym Doroty Szwarcman), nie w tym widzę największą zaletę dzieła: jest nią nie przestrzeń, a jej splecenie z treścią. I mam poczucie, że to jeden z najlepszych okazów tego nurtu. (Walizki Tulse Lupera, anyone?)

Odkrywanie tajemniczych wnętrz, balansowanie na granicy horroru – cały wokabularz wybranych nurtów kultury współczesnej jest w Transcryptum podstawą komunikacji, co daje nareszcie uczucie, że nie poruszamy się w operowej rupieciarni (choć właśnie w niej się poruszamy). Wrażenie rozogniskowania miejsca i czasu akcji (nie „akcji dramatycznej”, która jest pretekstowa, ale akcji wykonania) splecione jest z rozogniskowaniem treści: poznajemy ją w kwantach. Podobnie jest w komputerowej grze przygodowej lub alternate reality game, gdzie wrzuceni zostajemy w (nie)rzeczywistość i naszym zadaniem jest odkryć, czego ona od nas oczekuje. Szereg niewielkich ekranów w sali prasowaczek, kreślących przyczynki do historii, i zapierający dech w piersiach, ogromny obraz wyświetlony na wewnętrznej ścianie widocznej przez okno – zmiana skali to właśnie tego rodzaju chwyt, a Blecharz przenosi go z wirtualności do realności. Kwanty ujmują różne aspekty całości: czasem przekażą wprost, w postaci tekstu, relację, czasem cień grozy, jaka towarzyszyła zdarzeniu. Zredukowane sobowtóry bohaterki, pojawiające się w rozmaitych miejscach, kontekstach i ekspresjach, niby szeregowcy duszy nieprzerwanie, wobec kolejnych grup publiczności, wyrażają swą cząstkę rozpaczy. Można zaryzykować hipotezę, że to zróżnicowanie jest też kluczem do muzyki: poznajemy ją rozplecioną wertykalnie i horyzontalnie, w epizodach i głosach-sekcjach, analitycznie, poza czasem muzycznego wykonania.

O celności działań świadczy pewien moment finału: na tablicy figuruje neonowe słowo „son”, które dyrygentka na koniec uzupełnia kredą w znaną formułkę: „wszelkie podobieństwo do osób…” Ale neon wciąż świeci, nie dając się sprowadzić do tej klauzuli. I kiedy już posmakowaliśmy tego pęknięcia, nagle gaśnie i pozostajemy wobec suchej informacji.

Dyrekcjo Opery: zamiast szukać nowego Pendereckiego, który a priori będzie od razu stary, wstawcie Transcryptum do stałego repertuaru. Uważam, że to wręcz wasz obowiązek. Czynicie starania, by przełamać skostniałość Waszej instytucji, ale takiego narzędzia jeszcze w rękach nie mieliście.

Znajomość z Jagodą Szmytką będzie dla mnie wymówką do nie odnoszenia się do jej dzieła. Pisałem o niej nie raz („Ruch Muzyczny” 14/2007, „Odra” 12/2012), a obserwowałem więcej razy i mogę powiedzieć, że kompozytorka klaruje i ujednoznacznia dotychczasowy kierunek. Natomiast po raz kolejny jestem na sali kameralnej Teatru świadkiem kompletnego „położenia” reżyserskiego akcji aktorskiej przez Michała Zadarę. Znów, tak samo jak na Orestei, sztuczne, manieryczne, wywołujące zażenowanie podawanie tekstu przez wykonawców, jakby nie czuli treści, i wrażenie, że reżyser nad tym zupełnie, ale to zupełnie nie panuje. (Ktoś znajomy stwierdził: tak jakby go to nie obchodziło.) Być może jest to jakieś „nowe” w teatrze, którego nie jestem w stanie objąć. Ale, szczerze mówiąc, wątpię. Autoanaliza teatru operowego przeradza się w tani kabarecik o nacisku mieszczańskich gustów i ministerialnym mecenacie i zupełnie nie jestem w stanie ocenić, na ile jest to po myśli kompozytorki.

Reklamy
Posted in: Uncategorized